25.08.2019

O ogniu i wilkach

Polana, na której rozpaliliśmy ognisko, była skąpana w ciemnościach. Las dookoła odcinał się na tle nocnego nieba, podobnie jak zarys drewnianej wiaty. Wokół ogniska gromadziła się spora grupa ludzi. Byli ciasno usadzeni na drewnianych ławach dookoła. Chociaż płomienie oświetlały ich wyraźnie, nie widziałam twarzy; wydawali się bardzo podobni do siebie, chyba nawet nie różnili się wzrostem.

Odczuwałam pewien niepokój, więc ustanowiłam sama siebie strażniczką tego zgromadzenia. Krążyłam, obserwując, czy nic nie zbliża się od strony lasu. W pewnym momencie zobaczyłam wilka, który skradał się za plecami ludzi. Szedł dookoła kręgu, tak, jak ja. Patrzył na mnie i kiedy nasze oczy się spotkały, przez krótki moment poczułam jego głód. Po kilku krokach zgubiłam go z oczu. Czując, jak rośnie mi stężenie adrenaliny we krwi, wyjęłam z ogniska gruby, płonący konar. Oświetlając sobie nim drogę jak pochodnią, obeszłam całą polanę, ale nie znalazłam wilka. Wróciłam do ogniska, a konar zamontowałam w uchwycie na pochodnię, na jednym ze słupów wspierających wiatę. Zrobiło się odrobinę jaśniej poza granicami kręgu. 

Postanowiłam wesprzeć ognisko większą ilością drewna, a w wiacie znalazłam porąbane kłody, jak do kominka. Gdy tylko wyszłam za granicę dachu, rozszalała się burza, mocząc doszczętnie moje naręcze drewna. Wpół drogi do ogniska wpadłam na jakiegoś młodego mężczyznę, który niósł gałęzie zebrane w lesie, teraz już też nasączone wodą i bezużyteczne. Nieco zrezygnowani, złożyliśmy je w wiacie do wyschnięcia. Z jakiegoś powodu, pomimo hektolitrów wody lejących się z nieba, ognisko na polanie nie zgasło.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza